Jak to się zaczęło? Od przypadku!
Zupełnie przypadkiem… W ogóle tego nie planowałam. Nie byłam jedną z tych mam, które od zawsze wiedziały, że będą mówiły do dziecka po angielsku. Ba, nawet mi to do głowy nie przyszło! Byłam przekonana, że dwujęzyczność nie ma sensu, skoro mieszkamy w Polsce, oboje z mężem jesteśmy Polakami, a moja wymowa – choć dobra – nie jest idealna (i nigdy nie będzie w 100%, bo po prostu nativem nie jestem ).
A tu nagle – bach. Siedzimy z mężem i synkiem w kawiarni (mały miał wtedy jakieś osiem miesięcy) i widzę rodzinę, w której tata mówi do swojej córeczki… po angielsku. I wcale nie brzmiał jak native! W Polsce, z polską żoną, przy jakiejś (chyba) cioci. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że wszyscy rozmawiali po polsku, tylko on do dziewczynki po angielsku. A dziewczynka odpowiadała mu… po polsku!
Jeszcze dziwniej!
I wiesz co? Ja się wręcz oburzyłam. Uznałam gościa za strasznego dziwaka. Oboje z mężem udawaliśmy, że gadamy o pierdołach, ale potem wyszło, że cały czas podsłuchiwaliśmy stolik obok .
Potem cały dzień nie dawało mi to spokoju. Z jednej strony wydawało mi się to absurdalne, a z drugiej – miałam nieodpartą ochotę podrążyć temat. Choćby tylko po to, żeby się upewnić, że to naprawdę nie ma sensu (sic!).
Jak bardzo się myliłam! I właśnie tak to się wszystko zaczęło.
A jeśli Ty też jesteś teraz w tej sytuacji, że po raz pierwszy spotykasz się z tym terminem, to zanim opowiem Ci ciąg dalszy mojej historii, wyjaśnijmy krótko, czym właściwie jest dwujęzyczność zamierzona.
Dwujęzyczność zamierzona – czym różni się od tej „typowej”?
Do tamtej pory znałam tylko dwujęzyczność „typową” – gdy dziecko naturalnie wyrasta w dwóch językach, bo np. ma rodziców różnych narodowości albo mieszka w kraju, gdzie mówi się inaczej niż w domu. To takie „oczywiste” dwujęzyczne środowisko, o którym wszyscy słyszeli.
Tym bardziej nie mogłam przestać myśleć o tamtej sytuacji. Chodziło to za mną jak mój pies, kiedy chce wyżebrać smaczka . Opowiedziałam o tym komuś z rodziny i w szoku usłyszałam: „Przecież to normalne, na TikToku wszyscy tak robią!”. (Zauważ, że na TikToku, a nie że „ja też tak robię”
).
To mnie troszkę zatkało. Ja – blogerka językowa, która od lat siedzi w angielskim – nigdy nie słyszałam o dwujęzyczności zamierzonej! Ten komentarz uderzył w moją ambicję: jak to, „wszyscy” już wiedzą, a ja nie?!
Więc zrobiłam to, co robię najlepiej – zaczęłam kopać w internecie. Wciąż z myślą: „ej, ale to trochę głupie…”. A potem z każdym artykułem zaczynało do mnie docierać:
a) ludzie naprawdę tak robią,
b) to działa i dzieci faktycznie wyrastają na dwujęzyczne!
I nie chodzi o to, że „dobrze znają angielski”, tylko że są dwujęzyczne – używają dwóch języków w równym (lub prawie) stopniu.
Wtedy właśnie dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak dwujęzyczność zamierzona – kiedy rodzice świadomie wprowadzają drugi język w domu, mimo że całe otoczenie mówi tylko w jednym. Czyli w Polsce, w polskiej rodzinie, mogę mówić do dziecka po angielsku (nie będąc nativem!) – i ono naprawdę może wyrosnąć jako dwujęzyczne.
No i się zaczęło. W niedzielę byliśmy w tej kawiarni, w poniedziałek był research, a we wtorek… już mówiłam do dziecka po angielsku. Bardzo nieśmiało, trochę tu, trochę tam – i tak, żeby mąż nie słyszał .
Pierwsze doświadczenia – wstyd, brak słów i… słownik w telefonie
Kiedy zaczęłam, czułam się dziwnie. Wyobraź sobie – ja, która zawodowo gadam po angielsku codziennie, prowadząc szkolenia i lekcje w tym języku, nagle mam problem, żeby mówić do własnego dziecka! Bo mówienie po angielsku w domu, do niemowlaka, przypominało trochę… gadanie do siebie. Do tego stopnia, że przy mężu się wstydziłam . Na szczęście wtedy byłam jeszcze na macierzyńskim – jak tylko mąż zamykał się w domowym biurze, od razu zaczynałam mówić do małego.
I to nie kwestia umiejętności. Możesz znać angielski świetnie i wciąż czuć się skrępowana. Ja się wstydziłam mimo naprawdę dobrego języka! Więc jeśli Ty nie jesteś językowcem, tym bardziej – pamiętaj, to zupełnie normalne i absolutnie żaden powód do wstydu .
Drugie wyzwanie? Słownictwo. W pracy rozmawiałam o deadline’ach i feedbacku, a w domu nagle potrzebne były słowa typu „śliniak”, „kaszka”, „fotelik do karmienia”. I… zero pojęcia, jak to powiedzieć . To właśnie różnica między słownictwem biernym a aktywnym – znałam je z czytania, ale nie umiałam od razu użyć (przywołać z pamięci).
Dlatego wypracowałam swoje lifehacki: Diki – mój ulubiony słownik, zawsze pod ręką w telefonie.
ChatGPT – genialny do szybkiego sprawdzenia trudniejszych rzeczy albo wygenerowania całych zestawów słówek, np. do zabawy klockami.
Podsumowując: początek wcale nie wyglądał jak u eksperta językowego . Ale to etap przejściowy! Bo żeby mówić w języku… trzeba w nim mówić. A przy niemowlaku ogrom słownictwa się powtarza – i szybko zostaje w głowie. Zaufaj mi: zdanie „zmienimy pieluszkę?” powtórzysz tyle razy, że będziesz pamiętać nawet jako babcia – przyda się do rozmów z wnukami!
Początek bywa trudny (hej, chętnie Ci z tym pomogę – więcej na dole!), ale przyjdzie w końcu ten magiczny moment, kiedy zobaczysz efekty i wtedy poczujesz, jak bardzo było warto. Posłuchaj, jak to będzie wyglądać…
Pierwsze efekty – moment WOW
Kiedy zaczynasz z tak małym dzieckiem (mój syn miał 8 miesięcy, gdy zaczęłam do niego mówić), na efekty trzeba chwilę poczekać – choćby dlatego, że maluch jeszcze nie mówi . Ale to też wyjątkowy etap – można mówić absolutnie o wszystkim, bez stresu, że coś zabrzmi dziwnie. Opowiadałam Fabianowi najczęściej po prostu, co robię (a czasem też, że czegoś mi się po prostu nie chce – wow, dziecko Cię nie skarci za narzekanie!).
Pamiętam, jak zaczął reagować na pierwsze zdania po polsku. Od razu sprawdziłam, czy po angielsku będzie tak samo – i bam! Magic! Powiedziałam „Bring me a book” – i naprawdę przyniósł książkę. Albo na pytanie „Do you want more?” odpowiadał „nie” albo milczał (i to oznaczało „tak”, bo wtedy jeszcze mówił tylko „nie” ).
Najbardziej zapadł mi jednak w pamięć moment na schodach. Z mężem wołaliśmy do niego „Go, go, go!” – ogólnie gadaliśmy wtedy po polsku, ale ten zwrot brzmi lepiej po angielsku. Fabian najpierw powtórzył to od razu, a kilka dni później użył świadomie, żeby nas pogonić . To było ekstra – poczułam, że dwujęzyczność zamierzona naprawdę działa!
Wtedy zrozumiałam, że wszystkie artykuły, które czytałam wcześniej, miały rację – dwujęzyczność zamierzona jest możliwa także w Polsce, z polskimi rodzicami, bez wujka z Ameryki .
Kluczowe odkrycie: nie musisz mówić po angielsku non stop!
Przez długi czas w ogóle nie rozważałam mówienia do dziecka po angielsku. Myślałam: „Nie mam męża-nativa (that ship has sailed!), nie przeprowadzamy się do Anglii, a ja przecież chcę mówić do dziecka w moim ojczystym języku”.
Na studiach słyszałam o teorii OPOL (One Parent – One Language), gdzie jeden rodzic mówi w jednym języku, a drugi w drugim. Ale w kontekście rodziców, dla których dany język jest ojczysty. Więc od razu zakładałam, że to nie dla mnie.
A potem – podczas mojego researchu – odkryłam coś, co zmieniło moje myślenie: rodzice wychowujący dzieci dwujęzycznie wcale nie mówią do nich po angielsku 100% czasu. To normalne, że czasem nie powiesz ani słowa, np. kiedy jesteście na urodzinach u babci. Naturalne, że łatwiej mówi się po angielsku, gdy jesteś z dzieckiem sama. U mnie od początku głównie ja mówiłam, czasem mój mąż wtrącał coś po angielsku. A jak jesteśmy razem z mężem i synem, to gadamy z reguły po polsku.
I to było moje kluczowe odkrycie: dwujęzyczność zamierzona nie oznacza mówienia 100% w danym języku. To był ogromny game changer.
Masz dzień przerwy? Spoko, świat się nie zawali. Serio – żadna „policja dwujęzycznościowa” nie zapuka do Twoich drzwi (a ja na pewno na Ciebie nie nakabluję, jeśli Ty nie nakablujesz na mnie
).
Nie musisz też od razu mówić po angielsku poza domem. Ja zaczęłam dopiero po kilku miesiącach i na początku czułam się mega dziwnie.
Teraz przełamałam się i potrafię mówić po angielsku także w przestrzeni publicznej – ale nie zawsze. Czasem pomyślę: „Najwyżej ktoś uzna mnie za turystkę” i luz. Innym razem nie mam ochoty i wtedy też odpuszczam.
Takie podejście sprawiło, że bez większego wysiłku wytrwałam już ponad rok w dwujęzyczności. I wiesz co? Z czasem robi się tylko łatwiej!
Spojrzenie w przyszłość – dlaczego dwujęzyczność zamierzona się opłaca
Jako typowa fanka Harry’ego Pottera i wszystkiego, co czarodziejskie, mogłabym zajrzeć w kulę i powiedzieć: dwujęzyczność zamierzona to przyszłość uczenia się angielskiego! Ale mówiąc serio – to naprawdę trend, który już teraz widać. Dzieci zaczynają naukę angielskiego w żłobku. I my też naturalnie chcemy przekazać im to, co sami potrafimy. A jeśli dasz dziecku język od małego, to w szkole to ono będzie poprawiało Twój akcent, a nie Ty jego
(ja już nie mogę się tego doczekać!).
Spójrz też, jak wiele jest dziś małżeństw mieszanych. Kiedy Fabian pójdzie do szkoły, drugi język będzie normą, a nie wyjątkiem. Dlaczego więc miałby być stratny tylko dlatego, że jego rodzice nie wyjechali za granicę?
I jeśli myślisz: „Poślę dziecko na angielski i wyjdzie na to samo” – to nie, nie wyjdzie. Lekcje dla maluchów w grupie to głównie piosenki i kolory. Za mało godzin, za duże grupy. A Ty masz w rękach najlepsze narzędzie – dwujęzyczność zamierzona w domu. Już przy kilkunastu godzinach tygodniowo dziecko może być dwujęzyczne. To zaledwie 2–3 godziny dziennie: powtarzanie tych samych zwrotów, audiobook, piosenka albo książka po angielsku. To nie magia – to badania (odsyłam Cię do książki, gdzie są zebrane wyniki różnych badań: tutaj).
A co z technologią? Tak, mamy dziś fantastyczne narzędzia. Ale wyobrażasz sobie rozmawiać z partnerem całe życie przez translator? No właśnie.
Dlatego wierzę, że angielski to zawsze będzie „must have”. A dwujęzyczność zamierzona to najlepsza droga, by przestał być „obcym językiem”, a stał się naturalną częścią życia dziecka.
Na zakończenie – poczuj się jak superbohater
Napisałam ten post, bo chcę się odwdzięczyć. Jakiś tata w kawiarni zmienił nasze życie. Jakiś bloger napisał artykuł, który mnie przekonał. Teraz moja kolej – może przekonam Ciebie.
Nie planowałam tego. Długo nie wiedziałam, że dwujęzyczność zamierzona w ogóle istnieje! A dziś wiem, że to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu.
Śmieszne, że moja pierwsza styczność z dwujęzycznością zamierzoną to było… oburzenie! A teraz sama zachęcam innych, by spróbowali. Jeśli Cię przekonałam i chcesz pomóc mi szerzyć tę ideę (i dowiedzieć się więcej) – zaobserwuj mój profil na Instagramie @mama.nakrancujezyka
Bo mówiąc do dziecka po angielsku w Polsce, naprawdę możesz poczuć się jak superbohater. Serio, dajesz mu supermoc, której nie zapewni żaden kurs. Kiedy dziecko samo świadomie zacznie się uczyć angielskiego jak każdy z nas – będzie już za późno, by stało się dwujęzyczne. Ale jeśli Ty zaczniesz do niego mówić wcześnie, to Twoje dziecko zyska:
łatwiejszy start w szkole,
dostęp do wiedzy po angielsku od najmłodszych lat,
otwarte drzwi na studia i pracę za granicą,
a Ty zaoszczędzisz tysiące złotych na korepetycjach i kursach!
Więc jeśli wciąż się zastanawiasz, czy warto – powiem krótko: warto.
To była moja pierwsza styczność z dwujęzycznością zamierzoną. A jaka była Twoja? Podziel się w komentarzu
Jak mogę Ci pomóc?
Jeśli czujesz, że dwujęzyczność zamierzona to coś, co chcesz dla swojego dziecka, ale wciąż coś Cię blokuje (bo nie wiesz, jak zacząć albo myślisz: „nie, mój angielski jest za słaby – z czym do ludzi?!”) – odezwij się do mnie.
Uwierz mi, nawet jeśli dopiero zaczynasz przygodę z angielskim, możesz robić to razem ze swoim dzieckiem. Win-win: korzystacie oboje. Ty rozwijasz swój język, dziecko chłonie angielski naturalnie, a do tego… pomyśl, ile pieniędzy zaoszczędzisz później. Kiedy inni będą posyłać swoje dzieci na dodatkowe lekcje, Ty będziesz spijać śmietankę – i zamiast tkwić w korku, będziesz się relaksować . A Twoje dziecko? Zamiast uczyć się kolorów na zajęciach, pojedzie do Anglii i samodzielnie zamówi sobie lody
.
W czym mogę Ci pomóc?
Chętnie odpowiem na Twoje obawy – wiem, jakie to uczucie, bo sama je miałam i sama zrobiłam głęboki research. Wystarczy, że do mnie napiszesz – odpisuję na każdego maila!
A jeśli potrzebujesz wsparcia nauczyciela z Twoim angielskim, to trafiłaś idealnie. Mam doświadczenie podwójne:
-
od lat uczę angielskiego,
-
a prywatnie wychowuję swojego syna dwujęzycznie.
Mogę Ci pomóc: przełamać się do mówienia,
poznać dzieciowe słownictwo, którego naprawdę potrzebujesz,
ułożyć plan działania krok po kroku.
Możemy umówić się na darmową konsultację, żebyś zobaczyła, jak mogę Cię wesprzeć. Wybierz termin w kalendarzu albo napisz do mnie na martyna@nakrancujezyka.pl – jeśli nie widzisz pasującej godziny, coś wymyślimy.
I pamiętaj: inwestycja teraz to ogromna oszczędność później. Kiedy inni będą tkwić w korkach, odwożąc dzieci na dodatkowy angielski, Wy w tym czasie będziecie planować wycieczkę do Anglii za zaoszczędzone pieniądze. A Twoje dziecko? Samodzielnie zamówi sobie tam lody po angielsku
.
Martyna Siewert
Cześć, jestem Martyna! Pomagam zapracowanym osobom, zwłaszcza rodzicom, uczyć się angielskiego skutecznie i z przyjemnością. Uczę praktycznego języka – do pracy, codziennych sytuacji i komunikacji z dziećmi (dwujęzyczność zamierzona). Każda lekcja jest dopasowana do Twoich celów i możliwości, by nauka była szybka, efektywna i bez stresu! 🚀




