fbpx

Najlepsze przygody funduje Erasmus

Chcesz nauczyć się mówić w języku obcym? Już Cię lubię. I dodam, że dobrze trafiłeś.

Siedzisz wygodnie? To dobrze, bo dzisiaj zaczniemy od filmu. Widzisz, z Erasmusem jest trochę jak z dobrym filmem. Ktoś na pewno Ci go już kiedyś polecił. Może już nawet dawno stwierdziłeś, że jest „przereklamowany”, że „szkoda zachodu”. Założę się, że słyszałeś te legendy o rozliczaniu się z Erasmusa miesiącami po powrocie albo o egzaminie, który miał być po angielsku, a jednak odbył się po francusku.

No, ale co to byłby za dobry film bez nagłych zwrotów akcji?

Sama byłam na Erasmusie w Niemczech i wciąż uważam, że to jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam na studiach. A w aspekcie nauki języka – najlepsza. Ale zanim przejdę do argumentów, to coś sobie wyjaśnijmy. Skoro chcesz się nauczyć mówić w języku obcym, to powinieneś postawić sobie cel. Jak go zabraknie, to trochę jakby zabrakło nam w aucie jednego koła – daleko nie zajedziemy i jeszcze przewrócimy się gdzieś na poboczu. A już najlepszy jest taki cel, którego nie możemy przesunąć. Czyli na przykład wyjazd z biletem kupionym na pół roku do przodu.

Wracając do argumentów. O wartości Erasmusa w CV i całej niepowtarzalnej szkole życia, którą Ci zafunduje w zaledwie kilka miesięcy można by pewnie napisać książkę. My jednak skupimy się na najważniejszym dla nas aspekcie, czyli:

DLACZEGO NA ERASMUSIE NAUCZYSZ SIĘ MÓWIĆ W JĘZYKU OBCYM?

BO BĘDZIESZ MUSIAŁ.

Z nauką języka w standardowych warunkach szkolnych jest trochę jak z nauką pływania na lądzie: zastanawiamy się, czemu nie umiemy pływać, brodząc w wodzie po kostki.

Podobnie z językiem obcym. Możemy operować niezłym arsenałem słówek i zasad gramatycznych, a i tak nie być w stanie złożyć z tego zdań. Prawdziwa nauka zaczyna się wtedy, kiedy rzucimy się na głęboką wodę.

Erasmus to nasza głęboka woda. Są sytuacje, w których nie masz wyjścia: od formalności w urzędzie i na uczelni po interakcje ze współlokatorami. Czasem będziesz tej wody miał po szyję. I wtedy masz wybór: możesz zatonąć albo szybko nauczyć się pływać. Na początku pewnie parę razy się podtopisz, ale jak się uprzesz, to w końcu się nauczysz.

BO BĘDZIESZ CHCIAŁ.

Prędzej czy później, jakkolwiek introwertyczny byś nie był, będziesz chciał nawiązać z kimś kontakt. Najpierw będzie jak na zajęciach: wyuczone szablony zdań. Ale przyjdzie taki moment, że rozmowa zacznie się rozkręcać i nawet nie zauważysz, kiedy wyjdziesz poza schemat. Nagle po prostu zapragniesz opowiedzieć o swojej pasji do pisania, marzeniu o skoku ze spadochronem w Dubaju czy spotkaniu z autorem „Gry o Tron”. Ze szczegółami. Słówka zaczną się same sprawdzać. Decyzje gramatyczne same podejmować.

Ponadto będziesz szybciej się uczył, bo będziesz chciał rozumieć, co się dzieje dookoła. Bezcenne są sytuacje, w których rozumiesz ludzi, a oni tego nie podejrzewają. Można się wiele dowiedzieć: o innych i o sobie. Przydatna tajna broń. Bardzo prawdopodobne, że zapragniesz ją mieć.

BO NIC NA TO NIE PORADZISZ.

Spotkasz się z popularną w tematyce nauki języków immersją, czyli tzw. zanurzeniem w języku obcym. Naturalnie na Erasmusie język obcy będzie Ci towarzyszył wszędzie: od uniwersytetu po toaletę w akademiku.

Na moim Erasmusie w Niemczech nie każdy znał niemiecki, ale każdy używał takich słówek jak „Spülmittel” czy „Glühwein”. Czyli płyn do mycia naczyń (bardzo przydatne słówko, zwłaszcza gdy owy płyn nam się skończy) i grzane wino.

Na koniec opowiem Ci pewną historię.

Mam takiego znajomego z Francji, którego poznałam właśnie na Erasmusie.

Nasza znajomość zaczęła się od tandemu. Był początek października. Oboje szukaliśmy okazji, aby jak najwięcej mówić po niemiecku. Problem polegał na tym, że on miał bardzo dużo chęci, ale poziom niemieckiego – może A2. W każdym razie nasze konwersacje wyglądały tak, że tłumaczyłam mu w zasadzie co drugie słówko. Komunikacja z nim nie należała do najłatwiejszych. Nie czarujmy się: na poziomie A2 wszystkiego nie powiesz. Jednak on się tym nie przejmował i zupełnie przestał posługiwać się bardziej mu znanym angielskim.

I bardzo dobrze. Bo dzięki temu uporowi w listopadzie wskoczył już na poziom B1/B2 i w końcu był w stanie dogadać się z „nativem”. A ja w grudniu odkryłam, że w rozmowie z nim przestałam robić mu za słownik. Potem spotkaliśmy się dopiero w kwietniu. Dla mnie minęły cztery miesiące. U niego chyba lata. Mówił lepiej niż niejeden student germanistyki. Po pół godzinie przeszliśmy na angielski. Stwierdził, że niemiecki już umie i czas szlifować inny język. Nie zaprzeczyłam.

Nie było w tym żadnej magii, żadnej super mocy. Po prostu siła uporu i Erasmus. I wiesz co?

Ty też możesz być jak on.

Za późno dla ciebie na Erasmusa? Nie szkodzi. Erasmus najlepiej uczy mówić ze względu na stosunkowo długi okres pobytu za granicą i całą gamę sytuacji, w których tym językiem trzeba się posługiwać. Ale ten cel można też osiągnąć poprzez wyjazd do pracy, na wolontariat, czy nawet zwykły dłuższy urlop. To, czego potrzebujesz, to realny deadline do nazbierania słówek i odkurzenia książki z gramatyką. I trochę uporu.

Zostawiam Cię z cytatem:

Success is a science. If you have the conditions, you get the result. (Oscar Wilde)

To jak będzie z tym „filmem”? Tym razem wciśniesz „play”?

0 Comments

Leave a Comment